W Parlamencie awantura...
I nie jest to burza w szklance wody. Parlament zdobywa coraz więcej kompetencji - i formalnie, i de facto. W coraz większym stopniu chce np. - i słusznie - kontrolować Komisję Europejską. Widać to szczególnie teraz, w tych dniach, w czasie przesłuchań kandydatów na komisarzy. Parlamentarzyści odrzucili 2 kandydatów - jednego poprzez głosowanie (Włoch Rocco Buttiglione dostał 26 głosów za, a 27 przeciw), drugiego (Węgier Laszlo Kovacs) bez głosowania. Co to za ludzie?
Sympatyczny skądinąd Włoch jest jednym z trzech kandydatów na komisarzy, który ... zna język polski (obok Polki, co oczywiste, i Litwinki). Jest też doktorem honoris causa KUL - Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Ma jeszcze poglądy: podkreśla swój katolicyzm, uważa homoseksualizm za grzech, a obozy dla uchodźców chce umieszczać poza obszarem UE (także np. na Wschodzie). Nic dziwnego, że Panu Profesorowi (który go „namówił” na komisarza, tak jak wcześniej wylansował Portugalczyka Barrosa na szefa KE) do gardła skoczyły lewica i środowiska liberalne. Teraz broczy krwią, ale jeszcze żyje...
Drugi z kolei to bezbarwny i podobno rzeczywiście mało merytoryczny Węgier, były minister w lewicowym rządzie swojego kraju, kiedyś aktywista węgierskiej partii komunistycznej. Na energetyce się nie zna, ale na pewno na czymś się tam zna.
Teraz portugalski przewodniczący KE ma orzech do zgryzienia. Jak go poznałem - nie pęknie. Jeżeli bowiem odpuści na samym początku, to my - Parlament - wejdziemy mu szybko na głowę. Daj bowiem deputowanym palec - to zaraz wezmą całą rękę.
A ja jednak dałbym mu szansę z całym jego zespołem. A potem oczywiście surowo go ze wszystkiego rozliczyć. Tyle że nie przed - a po (lub w trakcie) kadencji.
www.ryszardczarnecki.pl
Autor jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego.
autor: Ryszard Czarnecki
Skomentuj ten artykuł! (5)