Wiwat kopana!
Numer jeden ostatnich tygodni to piłka nożna. Jest królowa lekkoatletyka, ale królem pozostanie futbol. To przecież największy teatr świata i trafne to porównanie, bo przecież na murawie też są aktorzy, są akcje, stroje, reżyser biegający z gwizdkiem, sufler czyli trener, dodatkowa obsada na ławce rezerwowej, no i widownia. Takich podobieństw można by doszukać się jeszcze więcej. Mecze europejskich mistrzostw oglądałem wszystkie, a teraz pasjonuję się rozgrywkami Copa America. Przesiąkłem piłką już całkowicie. Nie tylko zarywam nocki, ale i futbolowo się zachowuję, myślę i wyrażam. Już kilka razy złapałem się na „słówkach”: strzelaj, podaj, musisz, idziesz itp. Całe szczęście, że nie wołam jeszcze: ależ panie sędzio... Żona mi mówi, że we śnie to teraz najczęściej gadam: pokryj, główkuj, za co, strzelam, ałłaaa... Budzę się więc rano jakby sfaulowany i opluty. Dla adwersarzy to mam nawet ukute już powiedzenie: „Ty, Figo-Fago, nie bądź taki BeckHam, gdzie twoje Morales, Buffonie jeden, Nisterlrooyem, Niedwiedem, ani Lampardem to ty nie jesteś i nie udawaj Greka. Najbardziej jednak do powszechnego użytku weszło mi słowo: spalony. „Jesteś spalony” - to mi się teraz najczęściej zdarza. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego? Doszedłem do wniosku, że ma to futbolowe wyrażenie oczywisty związek z polityką. Naszą polityką szczególnie. Weźmy na przykład naszych przywódców: Bierut - spalony, Gomułka - spalony, Gierek - spalony, Jaruzelski - spalony. A iluż zostało już spalonych przez te ostatnie 15 lat i ilu aktualnie jest na spalonym... Wyjdzie taki za wcześnie, chce oszukać przeciwnika, a obrona jest czujna i jest spalony. Sprawiedliwy z boku machnie chorągiewką, główny zagwiżdże, gola nie ma, wynik nie ulega zmianie, a kibice są wkurzeni. Trenera krew zalewa. Karne też są u nas coraz powszechniejsze, ale, niestety, najcześciej niewykorzystane, czyli przestrzelone.
Tyle o piłce, na razie. Wspomnę teraz o swoich zdarzeniach w ostatnim tygodniu. Jak już wcześniej donosiłem, pan Marek Pol rzeczywiście przyjechał na trochę dłużej do swojej siostry mieszkającej na Świętym Marku. Spotkaliśmy się na grzybach. Był coś mało rozmowny. Wymieniliśmy tylko parę zdań na temat czerwonych kozaków, Orlenu i zginął mi gdzieś w gęstwinie. Mój bociek Wojtek dumny jest ze swojej rodziny, co okazuje głośnym klekotaniem. Trójka dorodnych dzieci bocianiątek ćwiczy już latanie. Praktycznie już za miesiąc polecą. Pani bocianowa częściej teraz łąki odwiedza, co by ciała i siły nabrać, bo dzieci jej w kość porządnie dały. Teraz to nawet i miejsca nie ma dla niej w gnieździe. Wojtek i tak już od samego początku wiele się tam nie przejmował i nie przykładał. Skąd my to znamy, u kogo to oni podpatrzyli...
Mój zepsuty „holender” jeszcze nie naprawiony. Zepsuło mi się konkretnie to wspaniałe siodełko skórkowe z licznymi sprężynami, no i z tą tabliczką wytwórcy holenderskiego Lepper (o tym już pisałem). I jak tu nie wierzyć w powiedzenie, że nieszczęścia chodzą najczęściej parami.
PS
Dla pięknej obok:
Piękna futbolistko,
jestem Twoim fanem.
Zagraj w mej drużynie -
będziesz kapitanem.
autor: Roman Ćwiękała
Skomentuj ten artykuł! (3)