Zawziętość jest zła
Gdy czytam np. w Naszym Dzienniku albo w Niedzieli, ale czasem także w naszej pluralistycznej Panoramie, niektóre teksty i gdy słyszę różne wypowiedzi katolicko-narodowych polityków, zwłaszcza teraz po osiągnięciu kompromisu w Brukseli w sprawie Traktatu Konstytucyjnego - smutno mi się robi. Nie mogę po prostu pojąć, jak po tylu złych doświadczeniach z okresu tzw. komunistycznych rządów i w ogóle po czasach dwudziestowiecznych totalitaryzmów może na nowo wezbrać w ludziach tyle zawziętości i zaciekłości, tyle nowego fałszu i umysłowej jasnej czy też ciemnej „pomroczności”, z jaką coraz częściej zaczynamy mieć do czynienia. Budzą się jakieś upiory!
Owszem, znałem i za dawnego ustroju ludzi, którzy mentalnie zbłądzili w czeluście fanatyzmu i niczego innego poza własnymi „racjami” nie byli skłonni brać pod uwagę w najmniejszym nawet stopniu. Owszem, ciemnota zalęgła się również (a może przede wszystkim) na najwyższych szczeblach ówczesnej władzy i omnipotentnej partii, ale, jak mi się przynajmniej teraz, na moim widawskim odludziu, wydaje, nie miało to jednak aż takich wymiarów, jak obecnie. Pewnie w opinii wielu Czytelniczek i Czytelników się mylę, być to może. Dawniej nie było po prostu warunków do swobodnego i powszechnego ujawniania się politycznego zacietrzewienia, albowiem nie było wolności słowa. Sprzeciwy, zwłaszcza, ale nie tylko, w okresie stalinowskiego zaostrzenia, były duszone w zarodku, nosiciele idei przeciwnych wobec nawet nie tyle zasad ustrojowych, ile haniebnych, a często i zbrodniczych praktyk byli prześladowani. Nawet „prawomyślni” obywatele, a takim przecież byłem, miewali kłopoty: żaden inny dziennikarz dolnośląski, co jest udokumentowane, nie miał tyle cenzorskich ingerencji i napomnień, co niżej podpisany. To wszystko prawda, ale nie zmienia to faktu, że na stare lata jest mi po prostu teraz smutno. Określcie to, proszę bardzo, jak chcecie, nazywajcie „starym komuchem”, którym rzeczywiście jestem nawet bez cudzysłowu, dla mnie to obojętne.
Smutek ten bierze się nie tylko z tego, co jest we mnie. Bardzo mnie też zasmuciła śmierć Jacka Kuronia. To był CZŁOWIEK w wymiarze dziś nader rzadkim. Tyle o Nim w ostatnich dniach napisano, że każde słowo może wydawać się zbędne. Odważę się jednak na własną refleksję. Najpierw znałem go tylko jako Autora (wspólnie z Karolem Modzelewskim) „Listu otwartego do członków partii”. Czytałem ten list z 1964 roku nieco później - po Marcu 1968, gdy Kuroń drugi już raz poszedł za swoje przekonania do więzienia. Przyznaję, że z tekstem listu, który piętnował kierownictwo PZPR za odejście od haseł Października, w pełni się (po cichu) solidaryzowałem, z tą „marcową” argumentacją już nie bardzo i zresztą do dziś nie pozbyłem się niektórych wątpliwości. Przyznaję, że nie umiałem sobie też radzić z tematem „Kuroń”, gdy w latach 70. uchodził w opinii partii za „ekstremę”: wiedziałem przecież, że działał w „komunistycznych” organizacjach młodzieżowych, w PZPR i że przewodził „czerwonemu harcerstwu” - „walterowcom” kierującym się ideami Międzynarodowych Brygad z czasów wojny domowej w Hiszpanii. Im więcej dowiadywałem się z lektur zakazanych książek, a także z relacji starszych ludzi (np. Ludwika Hassa, który 17 lat przesiedział za kręgiem polarnym, albo od „Szymona” - Jana Rutkowskiego, „Hiszpana”) o antystalinowskich nastrojach i próbach działań, tym bardziej zrozumiała stawała się motywacja postępowania Kuronia. Pierwszy raz dyskutowałem z nim jesienią 1981 roku po wiecu w „Dolmelu”. Wiedział, kim jestem, i tłumaczył spokojnie, o co im chodzi. To właśnie wtedy zauważyłem: żadnej zawziętości wobec mnie, ówczesnego przecież przeciwnika. Także wtedy, gdy z nim we Wrocławiu kilkakrotnie polemizowałem na mniej lub bardziej „nielegalnych” spotkaniach po 1985/6 - on nie zwalczał, ale tłumaczył swoje racje. Kilka razy dzwoniłem do niego na Żoliborz, chciałem potwierdzenia różnych wieści: prawda czy nieprawda? W czasie obrad „Okrągłego Stołu” spotykałem się z nim w kulisach Pałacu Namiestnikowskiego i wymieniałem się z nim informacjami. I znów: tłumaczył, wyjaśniał. Nie narzucał swego poglądu. „Przemyśl to” - tak przeważnie kończył wywód. Ostatni raz, chyba ze dwa lata temu, na moją prośbę e-mailową o wywiad dla berlińskiego lewicowego tygodnika Freitag odpowiedział, że jak znajdzie czas, to mi prześle, a jak do tygodnia nie odpowie, to mam sobie wziąć fragment z wypowiedzi z jego strony internetowej.
Lech Wałęsa trafnie powiedział, że Jacek Kuroń był człowiekiem lewicy, który trafił na czas dla lewicy niedobry. Dopowiem, że lewica nie była taka, jaka być powinna. Na taką lewicę, jaką była, Kuroń się nie godził. Był idealistą. Idealistą walczącym. Ja, choć wiedziałem, że wiele spraw nie jest w porządku, że jest sprzeczność między tym, co powinno, być a tym co jest, godziłem się. Smutek po Kuroniu miesza się przeto z zawstydzeniem. Ale nie udaję, że zawsze byłem po jego stronie, jak to teraz czynią epigoni.
Z refleksyjnym pozdrowieniem
Wasz felietonista
autor: Julian Bartosz
Skomentuj ten artykuł! (1)