Żołnierz obronny
Gdy obserwuje się moralny stan „naszej” (właściwie już nie naszej...) cywilizacji, to nie wiadomo: śmiać się - czy płakać. Tym, co uwielbiają Stanisława Lema, polecam przypomnienie sobie książki Powrót z Gwiazd - przerażającego obrazu społeczeństwa, w którym genetycznie uniemożliwiono wszelką agresję. Świat, w którym żyło się bardzo bezpiecznie...
Gdy byłem dzieckiem, Ojciec opowiedział mi anegdotę o sąsiedzie, który miał psa obronnego. „Pies obronny” służył do tego, że w razie niebezpieczeństwa przylatywał do pana i... trzeba go było bronić. Zaśmiewałem się do łez.
W tamtych czasach psy były tresowane, by atakować intruza, a żołnierze gotowi byli w razie czego ginąć. Dziś agresywność chłopców zabija się już w przedszkolach - więc trudno się dziwić, że np. holenderscy żołnierze w Serebrenicy na żądanie Serbów pozwolili im wyrżnąć muzułmanów pozostawionych pod ich opieką. Takie czasy. Nawet pies nie ma prawa być agresywny...
Myślałem jednak, że ta choroba dotyczy tylko naszej cywilizacji. Okazuje się, że nęka też Syjam. Oto MSZ z Bangkoku zażądało od USA, by... zapewniły bezpieczeństwo ich żołnierzom w Iraku - bo jak nie, to przeniosą ich do sąsiedniego kraju, gdzie będą bezpieczniejsi (!!). Wygląda na to, że Tajowie też są chorzy na chorobę naszej cywilizacji. W tym Syjamie tylko Tajki są jeszcze coś warte...
Można być bezpiecznym. W razie poderwania jakiem Tajowi żony nie da on w mordę - tylko przeniesie się do sąsiedniego domu, gdzie będzie bardziej bezpieczny...
autor: Janusz Korwin-Mikke
Skomentuj ten artykuł! (0)