Życie jak w Madrycie
Madryt wita ciepłym wrześniowym popołudniem. Jestem tu drugi raz w życiu, po 5-letniej przerwie. Nie liczę parogodzinnego pobytu na lotnisku w stolicy Hiszpanii, gdy właśnie tam miałem międzylądowanie w drodze z Buenos Aires do Warszawy (1999 rok). Jestem jedynym Polakiem w europarlamentarnej delegacji, która nawiedziła Hiszpanię, aby dokonać m.in. inspekcji w Centrum Satelitarnym UE. W toalecie na madryckim lotnisku napis przekonujący wszystkich osobników płci męskiej, że „Katalonia jest Hiszpanią”. Problem w tym, iż propaganda w ubikacji nie zmieni faktu: w tej sprawie mieszkańcy Barcelony mają zupełnie inny pogląd.
W 1991 roku UE postanowiła, że w hiszpańskiej bazie lotniczej po Madrytem powstanie unijne Centrum Satelitarne. Dwa lata później rozpoczęto budowę, aby w 1997 r. oddać do użytku placówkę, w której dzięki satelitom można śledzić w każdej chwili, co dzieje się w Strefie Gazy, co w Afganistanie, co w kokainowej Kolumbii, a co w pobliżu instytucji europejskich w Brukseli. Aby wjechać do Centrum, trzeba przedostać się przez pilnie strzeżoną bramę, która jednocześnie prowadzi do koszar policji. Wjeżdżamy do siedziby instytucji unijnej, a tymczasem nad bramą napis w języku hiszpańskim: „Wszystko dla Ojczyzny”...To był sympatyczny akcent na powitanie.
Samo Centrum zatrudnia 70 ludzi z 13 krajów. Z „nowej” Unii jest raptem jeden Czech, nie ma Polaków, za to jest dwóch ...Turków. Polska jest w tym systemie, jak każdy członek UE i 5 krajów stowarzyszonych (przyszli nowi członkowie: Rumunia i Bułgaria oraz Turcja, Norwegia i Islandia - nie ma tutaj, o paradoksie, Chorwacji, która do UE wkroczy na pewno szybciej niż Ankara...). Jesteśmy, ale jakby nas nie było. Przynajmniej gdy chodzi o zatrudnionych rodaków. Na nasze pytania szefowie CSUE tłumaczyli, że o zatrudnieniu w dużym stopniu decydują władze poszczególnych krajów. To kamyk do ogródka następnego polskiego rządu. Budżet Centrum wynosi ponad 70 mln euro rocznie, a jego priorytet to działania na rzecz EUFOR, czyli unijnego „wojska” w Bośni-Hercegowinie. Tam, gdzie służy ok.700 polskich żołnierzy, tam, gdzie prawie nas nie ma w sztabie...
Niespodzianka in minus na pokładzie „Iberii” z Brukseli do Madrytu. Zero jedzenia, tylko herbata i czerwone wino (po naleganiach, na serce oczywiście...). Rekompensuję to sobie dopiero wieczorem, w restauracyjce o snobistycznej nazwie „VIPS”. Jem tradycyjną quesadille „de Jamon y dos Quesos” (z szynką, po prostu...), ciekawą, choć mniej oryginalną niż quesadilla, „ensalada Cesar con Pollo Crujiente”, popijając różowym San Acisclo (D.O. Navarra). Cóż, w Madrycie to jest życie - tyle że jutro wracam do Brukseli...
www.ryszardczarnecki.pl
autor: Ryszard Czarnecki
Skomentuj ten artykuł! (3)