Podsłuchane w Oleśnicy:
Pan K. i L. to wieloletni przyjaciele. Znają się od dzieciństwa. Pan K. jest częściowo sparaliżowany, potrzebuje trochę pomocy w codziennym życiu. Pewnego dnia siedzą u niego na werandzie. Pan K. mówi:
- Marian, naprawdę jesteś moim przyjacielem?
- No jasne, Rysiu, znamy się od dziecka, wiesz, że zrobiłbym dla ciebie wszystko!
- Wiem, mój przyjacielu, wiem. Miałbym wiec do ciebie małą prośbę: czy przyniósłbyś mi z piętra skarpetki? Robi się trochę chłodno, a jak wiesz, ja nie jestem w stanie tego zrobić.
- Stary, w ogóle nie ma o czym mówić. Skoczyłbym dla ciebie w ogień.
- Dziękuję ci mój przyjacielu.
Pan L. idzie na piętro, otwiera drzwi do pokoju, wchodzi i staje oniemiały. Przed oczami rozpościera mu się cudowny widok - dwie córki jego przyjaciela, młode, piękne jak marzenie, ubrane jedynie w bieliznę. Pan L. nie może oderwać wzroku, targają nim wyrzuty sumienia - w końcu to córki jego najlepszego przyjaciela. Jednak w końcu poddaje się instynktom i mówi:
- Wasz ojciec przysłał mnie, żebym się z wami przespał.
- Niemożliwe! - mówi jedna.
- Nieprawdopodobne! - mówi druga.
- No cóż, jeśli mi nie wierzycie, zaraz wam udowodnię.
Pan L. podchodzi do okna, otwiera je i krzyczy...
- Rysiu, obie?
- Tak, tak, obie! Dzięki, stary!
Podsłuchane w Sycowie:
Zdenerwowana pani T. pisze do nauczycielki:
„Bardzo prosimy już nigdy więcej nie bić Jasia! Bo to słabe, dobre, biedne dziecko. My sami nigdy go nie bijemy. Chyba że w obronie własnej”...
Podsłuchane w Twardogórze:
- Edziu, stary, ale twoja żona wyładniała!
- Naprawdę?
- Serio, widziałem cię z nią wczoraj w samochodzie.
- Eeee, to nie była ona, wiozłem spaniela do weterynarza.
Podsłuchane w Bierutowie:
Pani O. oschle zwraca się do męża:
- Mój drogi, idę założyć sprawę rozwodową...
- Obydwoma rogami jestem za!
Podsłuchane w Międzyborzu:
Dwaj panowie gawędzą przy piwku:
- Wiesz, Władek - mówi pan J. - problem z niektórymi kobietami polega na tym, że ekscytują się byle czym, a potem za niego wychodzą...
Podsłuchane w Dobroszycach:
Tomeczek wraca ze szkoły i zadaje ojcu pytanie związane z zadaniem domowym:
- Tato, co to takiego „alternatywa”?
- Hmmm... Dokładnej definicji nie pamiętam, ale podam ci przykład: wyobraź sobie, że masz jedną kurę, koguta i ta kura znosi ci jajko. Możesz je zjeść na parę sposobów albo pozwolić, by wykluła się z niego jeszcze jedna kurka... Ona również będzie znosić jajka, które możesz zjeść lub oczywiście pozostawić do wylęgu. I tak dalej, i tak dalej... Masz już synku ogromną fermę, 20 tysięcy kur, które znoszą jaja, a ty je sprzedajesz do sieci hipermarketów, masz zabezpieczenie, więc bierzesz kredyty, unowocześniasz fermę, budujesz piękny dom, kupujesz merola, inwestujesz i wszystko się kręci. Kury niosą jajka, ty zarabiasz, spłacasz kredyty i tak dalej... Aż tu pewnego dnia, po ulewnych deszczach, pobliska rzeczka wylewa. W gospodarstwie masz pół metra wody, wszystkie kury się topią, samochód nie do użytku, a tu trzeba płacić kredyty... I jak to mówią synku - jesteś udupiony...
- No dobra, ojciec, a gdzie tu alternatywa?
- Kaczki, synu, kaczki...
Podsłuchane w Dziadowej Kłodzie:
Pani D. przyczepia mężowi kartkę na lodówce:
„Masz tu dwie parówki. Zjedz, ile chcesz i zostaw mi jedną”.